goforadventure paralotniwe Nepalu - Pokhara, seminarium paralotniowe, wyjazdy paralotniowe

Wyjazd paralotniowy Nepal 2010 - Pokhara - Dzień II

26.12.2010
Wyjazdy paralotniowe - RELACJE - GO4ADVENTURE Sport&Travel Agency >>

Wróciliśmy po trekkingu zmęczeni, niemal całkowicie zakwaszeni, ale też potężnie wygłodniali latania. Niestety pogoda po powrocie niezbyt sprzyjała paralotniarzom - chmury zawieszone poniżej startowiska, od rana do wieczora pełne pokrycie i przelotny deszcze. Dwa kolejne dni spędziliśmy więc na regenerowaniu się. O ile pierwszy dzień deszczu był dla nas dobrodziejstwem, o tyle w drugi pojawiło się już zniecierpliwienie. W końcu wybraliśmy Nepal jako miejscówkę naszego jesiennego wyjazdu na paralotnie dlatego, że to właśnie tutaj o tej porze roku pogoda do latania jest w 100% pewna. Wszelki statystyki szacują średnią ilość dni lotnych w listopadzie na 30, tymczasem my, w ciągu 10 dni pobytu na miejscu, już 5 razy doświadczyliśmy deszczu. Również nasi znajomi zachwalali, że najpiękniejszy z latania w Pokharze jest fakt, że rano nieśpiesznie wstajesz z łóżka i bez zastanawiania się, czy też sprawdzania pogody, ruszasz na startowisko. My niestety nie mieliśmy okazji tego doświadczyć, ale i tak było genialnie – w szczególności dzisiejszy dzień.
Po przebudzeniu się pogoda znów nie gwarantowała obiecującego paralotniowo dnia. W czasie przełykania porannego soku wyciskanego ze świeżych owoców niebo zaczęło się przepalać. Będzie latanie! Pakujemy glajty i ruszamy na startowisko. Tym razem już po drodze, z samochodu, widzimy góry ze świętą Machhapuchare na czele. Warun wydaje się być lepszy niż ostatnio i tak też w istocie jest. Po starcie przez około godzinę kręcimy się nad górką. Terma nie działa zbyt regularnie, a podstawy nie przekraczają 1500m. Jednak tym razem Himalaje nie schowały się w chmurach, więc nawet latanie na miejscu hipnotyzuje nas. Podstawa mozolnie się podnosi, aż w końcu udaje nam się wykręcić całe (nie osiągnięte dotychczas podczas latania w Nepalu) 1700m :). Ośmieleni tym (wątpliwym) sukcesem od razu podejmujemy próbę przelotu i ruszamy na północny-zachód wzdłuż zbocza. Teren lekko się wznosi, lecimy więc stosunkowo nisko nad ziemią i chyba właśnie dzięki temu mamy okazję doświadczać tak niezwykłych wrażeń! Oglądamy z bliska górskie szlaki wijące się na zboczu. Kobiety i mężczyzn niosących na plecach i głowach ciężkie, wypełnione po brzegi wiklinowe kosze lub olbrzymie ilości gałęzi i nieznanej nam maści roślinność, tak iż wyglądaja jak samoistnie przemieszczające się snopki. Co chwila do naszych uszu dobiega, nie wiedzieć skąd, nepalska muzyka i dzwonki zwiastujące wyśmienitą zabawę tutejszej ludności. Ponieważ, po spadnięciu 300metrów poniżej podstawy chmur, ponowne wykręcanie się jest dość mozolnym zadaniem i polega głównie na kręceniu „połówek” tuż nad zboczem, mamy doskonałą okazję przyjrzenia się przejawom himalajskiego, codziennego życia. Widać dzieciaki i rodziców radośnie biegających w trakcie pikniku, autobusy do pełna wyładowane ludźmi (również na dachach), szkolne lekcje odbywające się na trawie i zażarte mecze w piłkę na błotnistych boiskach rozgrywane w trakcie przerw przez uczniów ubranych elegancko w mundurki. Przelatywaliśmy nad niezliczoną ilością pól ryżowych, snopków z zebranych plonów, nad bydłem zaprzęgniętym do młócenia zbóż poganianym przez bosonogie dzieci, nad świątyniami buddyjskimi zwieńczającymi szczyty zboczy. Im dalej od startowiska tym większą radość wzbudzała w miejscowej ludności nasza obecność i coraz bardziej zwiększała się ilość machających do nas rąk i wykrzykiwanych radosnych okrzyków. Gdy jedna scena tutejszego życia przestawała nas zadziwiać, od razu wzrok przyciągał jakiś kolejny element codzienności Nepalu. Oprócz obrazów i dźwięków pochłaniały nas również niecodzienne zapachy nepalskiej roślinności bądź jakiś przypraw, które zmieniając się wraz z pokonywanymi kilometrami intensywnie wdzierały się w powietrzną przestrzeń paralotniarzy.
Zachwyceni okolicą, widokami, wrażeniami, pasmem Himalajów rozciągających na północ od zbocza po którym leciemy, docieramy do Naudandy. Zbocze przed nami zaczyna zakręcać zamykając dolinę od północnego zachodu. Nie ma więc możliwości lecieć dalej. Na północ od nas widać w dolinie wioskę Phedi, z której rozpoczynał się nasz trekking do Sanktuarium Annapurny. Przy dobrych warunkach pogodowych i wyższej podstawie chmur, która w najlepszych miesiącach (styczeń – marzec) wynosi średnio 2200m, a dochodzi nawet do 2900m można stąd skakać na północ w kierunku Himalajów, a następnie po trójkącie wrócić na Sarangkot. Ponieważ w czasie naszych przelotów podstawa chmur w najlepszych momentach wynosiła ok. 1850m, termika była słaba, a za Phedi czeka, na próbujących tej trasy, przelot nad miejscowościami położonymi na wysokości 1650 – 1900 metrów (miejscowościami, które znaliśmy z trasy naszego trekkingu) nie było sensu podejmować się tego wyzwania. Postanowiliśmy więc zawrócić i skierować się w stronę startowiska. Po drodze, odkleiliśmy się jednak od zbocza, by popodziwiać również wysunięte bardziej na południe rejony co zaowocowało przedwczesną wtopą i przygodnym lądowaniem. Ponieważ w dolinie szeroko meandrowała i rozlewała się rzeka Harpa Khola wpływająca do jeziora Phewa, pozostawał nam jedynie wybór pomiędzy przyziemieniem na terenach podmokłych lub na maleńkich poletkach pól ryżowych rozmieszonych na bardzo zróżnicowanych wysokościach i oddzielonych od siebie kilkudziesięciocentymetrowymi kamiennymi murkami. Wybraliśmy to drugie i, całe szczęście, obyło się bez ofiar. Na dole znów czekały na nas dzieciaki, które jednak nie były tak sprawne w składaniu paralotni jak ekipa z lądowiska. Udało nam się wspólnymi siłami rozplątać zaplątane przez nich linki i szybko nauczyliśmy się, aby mimo uprzejmości i szczerych uśmiechów tych małych Gurungów, nie dawać galjtów w ręce dzieci spoza lądowiska :). Nasi towarzysze momentalnie załatwili dla nas „taksówkę” – całkiem niezły jak na tamtejsze warunki samochód wraz z kierowcą, który, pomimo iż raczej na pewno nie mógł mieć jeszcze (z racji wieku) prawa jazdy, to całkiem nieźle radził sobie za kierownicą. Cała wioska korzystając z okazji, iż jakiś samochód wybiera się do miasta, zrobiła szybko listę niezbędnych rzeczy oraz zrzutkę na zakupy i wkrótce wyruszyliśmy do Pokhary.

POWRÓT