goforadventure Paralotniowy wyjazd do Hiszpania - Andaluzja 02.2009, Wyjazdy Paralotniowe, Seminaria paralotniowe, Seminaria przelotowe, go4adventure

Paralotniowy wyjazd do Hiszpania - Andaluzja 02.2009

11.11.2010
Wyjazdy paralotniowe - RELACJE - GO4ADVENTURE Sport&Travel Agency >>

Zimno, zimno, zimno… brrrrrr… taką aurą przywitał nas styczeń roku 2009 Przedłużająca się tęsknota za lataniem, słońcem i ciepłem zdopingowały Nas do poszukiwań miejsca na zimową wyprawę paralotniową. Czym prędzej podjęty rekonesans, szybka analiza argumentów za i przeciw (tych co prawda nigdy nie ma zbyt wiele jeśli na szali postawione jest latanie:) i decyzja - południe Hiszpanii – Andaluzja. Miejsce to, ze względu na położenie geograficzne, różnorodność ukształtowania terenu posiada bardzo dobry potencjał do uprawniania turystyki paralotniowej, a nawet realizacji przelotów. Zwłaszcza w porównania do innych europejskich para-miejscówek o tej porze roku :). Andaluzja jest też atrakcyjnym miejscem ze względu na turystykę historyczną i turystykę wypoczynkową
Znajdują się tam Góry Betyckie, drugie po Alpach co do wysokości góry w Europie w obrębie których znajduje się też wspaniały masyw Sierra Nevada oraz kilka mniejszych pasm górskich stwarzających dobre możliwości do latania na paralotni.
Lecimy wiec do Algodonales!!!
Na krótko przed wylotem zainteresowanie wyjazdem zgłasza też kilkoro znajomych – nielatających, twardo stąpających po ziemi :), chcących również wygrzać przemarznięte przez zimowe mrozy kości oraz przy okazji poznać zabytki, klimat i dusze południowo-hiszpańskich ziem.
Przygotowania przebiegły szybko i sprawnie, wszystko bez utrudnień udaje się nam dopiąć na ostatni guzik (zwłaszcza wytłumaczyć nagłą konieczność nieobecności w pracy- urlop na poratowanie zdrowia- czyt. psychy paralotniarza :)), wynajęty zostaje domek, samochód oczekuje na miejscu – nic tylko ruszać w drogę.

Opuszczamy Polskę przy temperaturze -20°C. Wylot tuż przed świtem, o 9-tej przesiadka w Barcelonie i około 12-tej lądujemy…. wyubierani w kurtki, zimowe buty i tym podobne gadżety wepchnięte czym prędzej już do plecaka w temperaturze +20°C w stolicy flamenco, Sewilli. Piękny przeskok temperaturowy. Mimo cieknącego po plecach potu już nam się podoba :). Wynajmujemy samochód, po obowiązkowym przebraniu się (a precyzyjniej znacznym rozebraniu się :) spędzamy słoneczny dzień w Sewilli. Piękna architektura, niezapomniane wrażenia i chłodne piwo (kierowca poszkodowany- cóż zrobić:) w przyjaznej lokalnej knajpce niesamowicie doładowały pozytywną energią. Popołudniem ruszamy w dalszą drogę- przed nami około 100km do pokonania.
Na miejscu spotykamy osobę administrującą wynajętym domkiem, odbieramy klucze, pozyskujemy wszystkie niezbędne informacje oraz…. drewno do kominka – jak się później okazało letnia temperatura panuje jedynie do zmroku (co jednak tylko dodaje temu miejscu uroku :).

Pierwszy dzień pobytu wita nas piękną pogodą. Wspólne śniadanie i do działań.
Cześć ekipy postanawia wypocząć w promieniach słońca, podelektować się to jakże inną od polskiej zimy aurą, natomiast posiadacze paralotni wyruszają na rekonesans startowisk z twardymi zamiarami „polatać!!!”. W jednym z plecaków nowiuteńkie skrzydło Mystic 2 firmy Sky-Country o sześcio i pół metrowym wydłużeniu, brak jeszcze testów – nieznana konstrukcja, budzi niesamowitą ciekowość coż też za powietrzna bestia to będzie J. Tym bardziej ochoczo ruszamy do boju.
U góry okazuje się, iż dzień przywitał nas dość mocną inwersją. Zgodnie z planami startujemy. Udało się nam polatać około 2h na miejscu w rejonie startowiska i rozciągającego się od niego krótkiego pasma górskiego. Wymarzone warunki na rozpoczęcie sezonu, przypomnienie sobie właściwych reakcji i nawyków, zapoznanie się ze skrzydłami oraz termiką w tym miejscu. Dzień był łagodny ciężko więc jeszcze precyzyjnie coś powiedzieć, ale … Mystic sprawuje się bardzo przyjaźnie. Jest łagodny, „idzie za ręką” i jak to nowy glajcik pięknie szumi w powietrzu :) Miód dla naszych uszu, by nie powiedzieć poezja :):):)Rozpościerające się dookoła widoki przepiękne, jezioro, góry (tak inne od naszych czy też alpejskich)oraz…. niesamowite ilości sokołów w powietrzu. Wydają się lubić tych dużych kolorowych, szmacianych pseudobraci :) często dolatują do miejsc w których krążymy tak więc mamy niesamowita okazję zmierzyć się nawet z kilkunastoma podniebnymi stworami w jednym kominie. Walczymy, ale trzeba im przyznać… są lepsi :). Wszystko to oraz nadal mocno grzejące słońce po wylądowaniu cieszą niesamowicie. Mamy sobie pięknie wakacje w środku zimy. Jupi!!!!
Wieczory okazują się bardzo chłodne, wraz z zajściem słońca za horyzont temperatury bardzo szybko spadają, a w nocy oscylują w okolicach 0 stopni Celsjusza. Drewno do kominka było wyśmienitym pomysłem!!! A nawet jakby i nie było i tak jest ono (drewno, ogień i grzaaaaanie) niezbędne :) Tak więc przyjazna atmosfera wieczornych posiedzeń przy ogniu strzelającym w kominku też stała się nierozłączną częścią naszych wspomnień .

Dzień drugi, otwieramy oczy, odsłaniamy zasłony i znów słońce :). Śniadanie, analiza prognoz pogody i decyzje: lotnicy na start reszta jadzie zwiedzać odległe o 30-40km miasteczko Ronda m.in. ze słynną, najstarszą, hiszpańską areną do walk z bykami; corrida oraz zabytkowym mostem - Puento Nuevo o wysokości 100 m zbudowanym w 1793 roku. Umówiliśmy się, że po lądowaniu jakoś będziemy się szukać i pędzimy wszyscy w swoje strony. Wyjeżdżamy na startowisko stosunkowo wczesny. Na starcie wielu pilotów, w tym także szkoła z polski- nasi dobrzy znajomi, co jeszcze bardziej powiększa uśmiechy na twarzy. Wiatr trochę kręci, szkoła nie decyduje się na wykonywanie lotów. Krótki briefing i już wiemy, jeśli warunki pozwolą lecimy w stronę miasteczka Ronda. Niestety warunki nie pozwalają na lot w grupie – długie oczekiwanie pomiędzy startami poszczególnych osób. Dzisiejszy dzień, jak się później okazało, był najlepszy z całego wyjazdu. Niezbyt wysoki „sufit” ale za to regularna termika pozwoliła na realizację założeń i…. niespodziewane dołączenie do grypy zwiedzającej Rondę :). Po drodze mijamy górę którą widzimy z okien i podwórka naszego domku, następnie jezioro oraz oglądamy zbliżające się miasto oraz zaśnieżone góry w oddali. Po godzinie lotu udaje się dotrzeć do Rondy– oglądanie zabytków z powietrza zapiera dech w piersiach- malownicze miasteczko, niesamowity widok jego starej części, corridy i słynnego mostu. Niewielu z tutejszych odwiedzających miało, aż takie widoki. Choć przelot nie należy do rekordowych, to radość i satysfakcja potężna..
Po locie spotykamy się wszyscy, w okolicach Rondy i późnym popołudniem docieramy do „bazy” i naszego kominka :).
Dzisiejszy dzień w powietrzu był już bardziej żwawy. Na startowisku mieliśmy okazję pooglądać pracę „szybkich rączek” Sapera, który, startując jak pierwszy miał okazję sprawdzić stabilność swego nowego Mystica latając nad małym dustdevilem krążącym po startowisku :) Dali radę!!! I Saper i Mystic :) Skrzydło zachowywało się bardzo stabilnie i nie próbowało nawet „wsadzić” żadnych niespodziewanych psikusów. Chyba zapowiada się pomiędzy nimi owocna współpraca przelotowa.

Dzień trzeci z prognoz zapowiadał się na ostatni z lotnych – w kolejne zapowiadają znacznie nasilający się wiatr. Dzień ten minął pod znakiem lokalnych lotów oraz delektowaniem się piękną, słoneczną pogoda oraz ponownie wspólnymi lotami z sokołami.. Powstają też plany dotyczące dalszej części pobytu. Pada kilka propozycję i już wiemy: w dniu następnym jedziemy na wycieczkę objazdową po rejonie Andaluzji. W rejonie znajduje się bardzo malowniczy i ogromny park krajobrazowy, jaskiniami ze śladami życia człowieka prehistorycznego (zwiedzanie wyłącznie z lampami karbidowymi co dodaje klimatu) oraz licznymi małymi malowniczymi miasteczkami (w tym górsko położone miasteczku tutejszych złodziejaszków i rzezimieszków). Dzień kończymy zwiedzaniem małego zameczku wzniesionego na pobliskiej górze z którego rozpościerał się przepiękny widok doliny Algodonales, jeziora, startowiska, gdzieś w oddali naszego domku, a to wszystko w promieniach zachodzącego Słońca. Kolejny dzień doładowujący energią. Wracamy, kolacja i spanie – jutro plan odwiedzenia Granady.

Wstajemy wcześnie – do przejechania mamy około 100km. Droga mija sprawnie. Docierając do Granady na horyzoncie rozpościera się przepiękny widok ośnieżonych gór Sierra Nevada. Na miejscu – duże i zatłoczone miasto. Mimo tego od razu czuć jego klimat. Może to właśnie to położenie. Lokalizujemy podziemny parking i przemieszczamy się w rejony starego miasta. Po drodze mijamy wąskie uliczki, starą katedrę w centrum miasta, plac Plaza Nueve w pobliżu ciekawej muzułmańsko hippisowskiej dzielnicy Albazin, aż ostatecznie docieramy do Alhambry – najsłynniejszy pałac królów arabskich w Europie. Zamysł architektoniczny, rozwiązania konstrukcyjne oraz przepych z jakim kompleks zamkowy został zaprojektowany i zbudowany zrobił na Wszystkich, nawet niezbyt zwiedzaniem zainteresowanych, niesamowite wrażenie – to trzeba zobaczyć!

Dzień ostatni piękny, słoneczny, ale niestety i wietrzny nie pozwolił na wzbicie się w powietrze. By nacieszyć się jeszcze urlopowym czasem postanawiamy przed wyjazdem zrobić sobie dzień „lenia”. Spokojny poranek, słońce, opalanie, muzyka, gry karciane, wspólne gotowanie i smakowita „szamka” oraz dla co bardziej zahartowanych basen w ogrodzie umiliły nam ostatni dzień „lata w zimie”.

Następnego dnia wylatujemy. Tym razem pod wieczór z Malagi. Wyruszamy więc rano, docieramy na miejsce, znaczną część lekko deszczowego dnia poświęcamy na zwiedzanie miasta. Szczególnie ciekawie wygląda widok na corride, port i morze rozciągający się ze wzniesienia. Koniec uniesień i pędzimy na lotnisko.

Wyjazd krótki, intensywny i treściwy. Pod każdym względem: lotnie, sportowo, kulturowo, zabytkowo. A przez to niezapomniany. Miejsce przepiękne – wszyscy jednogłośnie stwierdzamy – ‘We’ll be back’ :).

POWRÓT