Annapurna Base Camp trekking dzie V, Ghandruk, Wyjazdy, Aktywny wypoczynek, GoTravel, goforadventure

NEPAL 2010 – ANNAPURNA BASE CAMP TREKKING - DZIEŃ V

13.12.2010
Relacje z wyjazdów GOTRAVEL - wyjazdy turystyczne, trekking GOFORADVENTURE - Zapraszamy! >>

 

Dzień I Dzień II Dzień III Dzień VI Dzień V

 

Przywitał nas piękną pogodą. Oraz bólem. Chyba już wszystkiego, albo prawie wszystkie. Tu zakwasy, tam odciski, jakiś ból kolana, zmęczone od plecaka barki. Droga jeszcze długa przed nami, dziś chcielibyśmy ją zakończyć, ale słoneczna atmosfera wpływa na nas tak pozytywnie, że nikt nawet nie myśli, żeby gdziekolwiek się spieszyć. Jeszcze przed śniadaniem ruszamy do himalajskich gorących źródeł, aby wymoczyć nasze obolałe kości. Jak się okazuje, czeka nas 15minut dreptania w dół do poziomu rzeki. Zastanawiamy się czy aby na pewno warto skoro i tak jeszcze potężny kawał drogi mamy dziś do przebycia. Jednak gorące źródła w sercu Himalajów kuszą nasze myśli już od wczoraj - taką przyjemność aż wstyd byłoby przegapić. Decydujemy się schodzić. Na dole czekają na nas… mało imponujące dwa brodziki. Brodziki to może lekka przesada, ale, oceniając naocznie, z pewnością nie jest to nic robiącego wrażenie. Jednak rozkosz po zanurzeniu się po szyję okazuje się… niewspółmierna. Jest wcześnie rano, więc jesteśmy tutaj całkiem sami. Obok nas płynie górska szumiąca rzeka, słońce przebija się delikatnie między drzewami i nic nie zakłóca spokoju. Jest genialnie. Czujemy jak nasze mięśnie wypoczywają, a wraz z spędzanymi w tym wszechogarniającym cieple minutami sił przybywa. Rozkosz w każdym calu. Najgorsze, że…. po tak przyjemnej godzinie zapomnienia trzeba stamtąd wychodzić. Dalsza droga wyczekuje nas bezlitośnie. Jemy śniadanie pakujemy się i wyruszamy w drogę. Przed nami trzy opcje zejścia na dół. Starannie analizujemy ukształtowanie terenu, czasy przejścia, odległości, przewyższenia. Mamy problem z jednym z naszych kolan, które nie chce zbyt dobrze funkcjonować, szukamy więc jak najkrótszej drogi i jak najmniejszej ilość schodów. Ciężko jednak znaleźć szlak, który spełniałby nasze kryteria. Ruszamy na dół, nie podejmując na razie jednoznacznej decyzji co do wyboru trasy zejscia.
Przechodząc przez New Bridge postanawiamy zatrzymać się na chwile w lodge’u w którym spaliśmy w czasie wędrówki na górę i…. co okazuje się być dla nas prawdziwym strzałem w dziesiątkę. Właściciel lodge’a doradza nam drogę, której nie jest zaznaczona na naszej mapie. Mówi, że jest dość płaska, biegnie wzdłuż rzeki, omija strome podejście i największy węzeł komunikacyjny w okolicy w postaci dużej wioski Gurungów- Ghandruku. Ruszamy rozpromienieni.
Co dla nas okazuje się być niezaprzeczalnym atutem, wskazany przez właściciela lodge’a szlak jest mało znany i słabo przez turystów uczęszczany. Ten dzień niespodziewanie okazuje się być niesamowitym przeżyciem. Nagle znajdujemy się jakby w zupełnie innym kraju, całkowicie odmiennym Nepalu. Na wcześniejszych etapach wędrówki również wydawało się nam, że codzienne życie nepalskich górali toczyło się spokojnie, swoim naturalnym rytmem, tuż przy turystycznym szlaku trekkingowym. Jednak było ono zupełnie inne od tego, które widzimy teraz. Było podporządkowane turystom, nastawione na handel i przepełnione niezliczonymi ilościami przemierzających wioski ludzi. Tutaj jest prawie pusto, wszystko płynie jeszcze spokojniej i wolniej, a my mamy wrażenie całkowitego wyciszenia, zatrzymania się w czasie i zagubienia w przestrzeni. Na szlaku nie spotykamy niemal żadnych turystów, nie ma dużych wiosek, a baza gastronomiczna rozmieszczona jest dużo rzadziej. Widać kobiety spacerujące na bosaka ze swoimi pociechami, ludzi pracujących spokojnie w polu, wszyscy nawet ubrani są trochę inaczej. Nie zapomnimy nigdy uśmiechów na twarzach dzieciaków proszących o some sweets w momencie, gdy je od nas dostawały. Całe nasze zmęczenie też gdzieś zniknęło, nie jest teraz istotne, a my oczarowani, nieśpiesznie, delektując się każdą chwilą, schodzimy spokojnie na dół.
Szlak zgodnie z zapewnieniami właściciela lodge’u z New Bridge był w miarę płaski i przyjemny. Mimo całkowitego braku pośpiechu docieramy na dół, do ostatniej wioski w górach, już około godziny 14.00. Czas jak dla nas jest niewiarygodny. Jeszcze na górze zastanawialiśmy się czy ze względu na ból kolana nie będziemy musieli zostać w górach jeden dzień dłużej. Teraz już jesteśmy na dole, ze smutkiem czując, że na ten wyjazd kończy się nasza AnnapurnaTrekk przygoda. Od pierwszego dnia pobytu w Nepalu nie mamy wątpliwości, że 2 tygodnie pobytu w tym miejscu to zdecydowanie za mało. Teraz ten fakt dociera do nas z jeszcze dobitniejszą siłą. Mimo zmęczenia naszym speed maratonem nikt nie chce się żegnać z tymi górami. Meldujemy się w checz - poincie z naszymi pozwoleniami i zasiadamy obok na ostatnie górskie piwo. Nie chcemy jeszcze schodzić dalej. Jest wcześnie, ciepło, słonecznie i mimo zgiełku większej wioski nadal tak górsko i klimatycznie. Wszyscy z mega bananami na twarzy zasiadamy w zadumie kontemplując minione dni. Poniżej czeka już miasto, droga i cały zgiełk zmotoryzowanego życia. Ale również tam są nasze paralotnie. Czyli dalsza nepalska, górska przygoda. Ich też już nie możemy się doczekać.

POWRÓT