Annapurna Base Camp trekking dzie IV, Jhinu gorce rda, Wyjazdy, Aktywny wypoczynek, GoTravel, goforadventure

NEPAL 2010 – ANNAPURNA BASE CAMP TREKKING - DZIEŃ IV

13.12.2010
Relacje z wyjazdów GOTRAVEL - wyjazdy turystyczne, trekking GOFORADVENTURE - Zapraszamy! >>

 

Dzień I Dzień II Dzień III Dzień VI Dzień V


Annapurna - nazwa tej niezwykłej, i jak się okazało psotnej, góry powstała ze złożenia dwóch sanskryckich słów: anna – pożywienie oraz purna – napełniać. Przetłumaczyć można ją więc mniej więcej jako „Napełniona Pożywieniem” albo „Żywicielka”. Oba te określenia, mają swój rodowód w nepalskich wierzeniach wyraźnie podkreślających boski charakter góry. Pierwsze jest przydomkiem bogini Durgi, towarzyszki Sziwy, a drugie bogini Kali. Pomimo tego, że Annapurna należy do niskich ośmiotysięczników (dziesiąte miejsce), ze względu na dużą rozległość masywu jest górą niebezpieczną. Opad śniegu i wywołane nim zagrożenie lawinami może uwięzić himalaistów i uniemożliwić im bezpieczny powrót do bazy. Potwierdzają to dane liczbowe: do 2005 roku zarejestrowano jedynie 103 wejścia na wierzchołek i 56 przypadków śmierci. W zachodniej partii masywu znajduje się jedno z najwyższych urwisk na świecie - południowo-zachodnia ściana wierzchołka Baraha Shikhar (7647 m). Annapurna, pomimo tego, jakie trudności sprawia w dzisiejszych czasach himalaistom (Piotr Pustelnik próbował ją zdobyć 3 razy - był to ostatni szczyt którego brakowało mu do zdobycia korony Himalajów, którą ostatecznie osiągnął jako 20 człowiek na świecie i 3 Polak w 2010 roku), jest pierwszym 8-io tysięcznym szczytem na którym człowiek postawił nogę (1950 rok). Zdeterminowani zdobywcy, Maurice Herzog i Louise Lachenal, ulegli ślepocie śnieżnej oraz poważnym odmrożeniom i tylko dzięki pomocy pozostałych członków wyprawy (wśród nich Lionela Terraya) zawdzięczają uratowanie życia. Koszty tego olbrzymiego sukcesu, który na nowo zdefiniował granicę ludzkich możliwości i dał początek dużo szerszej eksploracji Himalajów, były niestety spore – Lachenal musiał w ofierze oddać „Żywicielce” palce nóg, Herzog palce wszystkich czterech kończyn.
Nam Annapurna spłata tylko drobnego figla. Równo z dzwonkiem budzika, jeszcze zaspani i lekko zmęczeni, wyskakujemy ze śpiworów. Ubieramy się pośpiesznie pędząc na spektakl czerwieni nad śnieżnobiałymi szczytami. Otwieramy drzwi, a tam….chmury zawieszone tuż nad dachem naszego lodge’a, 20cm świeżego śniegu i olbrzymie, gęsto padające płatki poruszające się niemal w poziomie. Wymarzony wschód słońca to, to nie jest, ale na pewno pozostanie w naszej pamięci jako niezapomniany :). Nie czekając dłużej na poprawę pogody, na którą się raczej nie było co liczyć, ubieramy się pośpiesznie, jemy śniadanie i ruszamy w drogę. No trudno, wspomnienia górskich pejzaży, które udało nam się w naszej pamięci zarejestrować i tak są niesamowite. Annapurna tym razem nie zechciała nas do siebie dopuścić, ale my tu jeszcze wrócimy.
Na początku wyprawy zastanawialiśmy się, który dzień w górach będzie najcięższy. Pierwszy nie będzie łatwy ze względu na długość trasy do pokonania, podczas drugiego będzie stała przed nami olbrzymia ilość podejść i liczne przewyższenia do pokonania, trzeci też raczej nie będzie należał do łatwych - duża wysokość plus zmęczenie poprzednich dni…..Jednak przekonaliśmy się, że chcąc zrobić Annapurna Base Camp trekking w 5 dni po prostu nie ma mowy o żadnym lekkim dniu. Zejście też nie będzie łatwe i dzisiaj przed nami bardzo ambitny plan. Chcemy dojść aż do Jinhu, czyli zrobić niemal dwa dni podejścia w jeden dzień zejścia. Zadanie jest o tyle trudne, że szlak wcale nie prowadzi cały czas z góry. Dzień jest raczej brzydki, dużo mgły, miejscami siąpi deszcz, słońce prawie wcale nie pokazuje się zza chmur, jest szaro i trochę ponuro. Pędzimy więc na dół, każdy zatopiony w myślach nad tym co widział i przeżył u góry. Ze względu na brak pogody nie zatrzymują nas też zdjęcia czy chęć kręcenia kamerą. W niezłym tempie, po kilku godzinach bardzo szybkiego marszu docieramy do Chhomrongu, który tak bardzo zauroczył nas dwa dni wcześniej. Przechodzimy przez most, przed którym spotykamy malutkie dzieciaki wracające w mundurkach ze szkoły i tutaj…. zaczynają się schody. Dosłownie i w przenośni. Stoimy pod zboczem nad którym przez całą jego długość rozciąga się wioska położona wzdłuż zakrętów stworzonych z kamiennych schodów. Schodząc na dół, z głowami chłonącymi to wszystko co nas otacza, nawet nie spostrzegliśmy jak ta wioska jest długa. Lub teraz, ze zmęczenia, umysł płata nam figla powiększając zbocze w naszych oczach. No nic trzeba ruszać do boju…. Podołaliśmy, ale lekko i szybko to na pewno nie było. Chhomrong wyciągnął z nas ostatki sił. Mijając w około ¾ podejścia jedyną w okolicy szkołę żartowaliśmy, że wiemy już dlaczego jest tutaj tak słabe wykształcenie. Na górę dotarliśmy ok. 16.30. Do Jhinu jeszcze około godzina drogi, mamy więc świadomość, że nie zdążymy przed zmrokiem. Droga prowadzi co prawda głównie z góry na dół, jednak zmęczeni jesteśmy maksymalnie, mamy problemy z kolanem, które właśnie najbardziej na zejściu daje w skórę jednemu z nas. Jednak pozostawanie tutaj na noc wydłuża nam jutrzejszy trekking, którego w planach też nie jest zbyt mało. Poza tym w Jhinu czekają kuszące wyobraźnie gorące źródła, o których tyle nam opowiadano. Decydujemy się ruszyć. Schodzimy w świetle czołówek i około pół godziny po zmroku w pierwszych kroplach wieczornego deszczu jesteśmy w Jhinu. Mega szczęśliwi szukamy wolnego lodge’a i padamy na łóżko. Tym razem pełen luksus - czeka na nas pokój z dywanem. Właściciel przed wejściem ściągnął buty co u Nepalczyków raczej jest zachowaniem dość rzadkim, zważając na to, że nie jest to zbyt czysty i sterylny kraj. Znowu jest również ciepła woda. Ponieważ trzeba na nią czekać godzinę to chyba jednak nikt z nas z tego udogodnienia dzis nie skorzysta. Również ciepłe źródła zostają odłożone na bok. Nikt z nas nie ma już dzisiaj siły się ruszyć.
Jedyne swoje kroki kierujemy do jadalni gdzie…. czeka nas miła niespodzianka. Rozszerzone Menu! Na całej trasie trekkingu pod Annapurnę, we wszystkich restauracjach można znaleźć dokładnie ten sam jadłospis. Dostrzegalne są jedynie drobne różnice – gdzie niegdzie niektóre pozycje nie są dostępne. Tymczasem nasza restauracja oferowała również coś innego. Zmęczeni już trochę kuchnią, która panowała na szlaku cieszymy się tą informacją. Po raz pierwszy też mamy ochotę na piwo. Co ciekawe mimo wcześniejszych planów wypicia browara w Sanktuarium Annapurny, przy kolacji w Base Campie nikomu jakoś nie przyszło to do głowy. Być może była to kwestia temperatury lub wysokości, bo herbatka smakowała tam wyśmienicie.
Browar kosztuje nas tutaj około 10zł. W Pokharze płaciliśmy za niego oko 6-8zł. Podobnie sytuacja wygląda z Colą. O ile w centrum Pokhary butelka kosztuje przeważnie 20 rupii (0,8zł), o tyle tutaj płacimy już za nią ponad 4 razy tyle (90 rupii, tzn. 3,5zł), a w Bazie Annapurny osiąga ona astronomiczną cenę prawie 200 rupii (8zł). Jednak nie wszystkie wydatki na trekkingu rosną tak znacznie. Dotyczy to głównie towarów zagranicznych, które nie są niezbędne do przeżycia i normalnego funkcjonowania w czasie trekkingu. Ceny posiłków w jadalniach wzrastają tylko w zakresie kilkunastu - kilkudziesięciu procent, a opłata za nocleg w całym rejonie Annapurny, niezależnie od wysokości, jest tak samo niska i wynosi około 250 rupii (10zł) za trzyosobowy pokój! Co dla europejczyków jest niewiarygodne na wysokościach powyżej 3000 m n.p.m. ceny słodkich napojów przekraczają nieraz cenę noclegów. Przestaje to jednak dziwić gdy przyjrzymy się zaopatrującym okolicę tragarzom, którzy ciężkie, szklane butelki i niepraktyczne sprzęty niosą na swoich plecach nieraz dobrych kilka dni.

POWRÓT