Annapurna Base Camp trekking dzie III, Machhapuchhre, Wyjazdy, Aktywny wypoczynek, GoTravel, goforadventure

NEPAL 2010 – ANNAPURNA BASE CAMP TREKKING - DZIEŃ III

13.12.2010
Relacje z wyjazdów GOTRAVEL - wyjazdy turystyczne, trekking GOFORADVENTURE - Zapraszamy! >>

 

Dzień I Dzień II Dzień III Dzień VI Dzień V


Budzimy się z myślą, że jeszcze tego samego dnia uda się nam podziwiać ośnieżone szczyty Sanktuarium Annapurny z wioski położonej w Annapurna Base Camp. Trekking na dzień dzisiejszy to około 1550m przewyższenia. Długość trasy nie jest wyjątkowo duża, ale ponieważ większość czasu będziemy spędzać powyżej 3000 metrów, wysokość na pewno będzie dawać nam się we znaki pomnażając zmęczenie.
Poranek jest bardzo chłodny – na zewnątrz jest zaledwie kilka stopni. Wstrząsani lekkim dreszczem ubieramy się w wilgotne ubrania. Wieczorem rozwiesiliśmy część naszych rzeczy, jednak trwający do połowy nocy deszcz oraz wszechogarniająca wilgoć o poranku nie pozwoliły im wyschnąć. Całe szczęście dzień zapowiada się słonecznie więc wraz z początkiem marszu szybko się ogrzejemy. O 7-mej ruszamy na śniadanie. Aby z rana zaoszczędzić czas spędzany w oczekiwaniu na posiłek, śniadanie zamówiliśmy już wczoraj na konkretną godzinę. Jest to bardzo przydatne udogodnienie dostępne w nepalskich lodge’ach. W sytuacji, gdy na szlaku jest dużo turystów, często sami właściciele restauracji proszą wieczorem o wypisanie konkretnych pozycji menu oraz podanie godziny o której chcielibyśmy skonsumować posiłek z rana.
Znów wyruszamy w drogę. Mimo znacznej wysokości i dwóch dni bardzo szybkiego i intensywnego marszu jesteśmy w dobrej kondycji. Dochodzimy do wioski Himalaya, gdzie zatrzymujemy się na krótką herbacianą przerwę, po czym ruszamy dalej dość płaską morenową doliną. Jest słonecznie, ale też bardzo wilgotno. Przez całą drogę do Machapuchare Base Camp (ostatniej wioski przed ABC) nagromadzona przez ostatnie opady deszczu woda intensywnie paruje, co raz podnosząc się i opadając, to przesłaniając, to odkrywając części krajobrazu. Ta niesamowita gra mgły na tle otaczających pejzaży, przyrody i coraz bliższych nam wysokich szczytów tworzy niepowtarzalną atmosferę i niezapomniane widoki.
Od rana nasze tempo jest bardzo szybkie, końcówka odcinka do Machapuchare Base Camp jest więc dość męcząca. Oddech jest spłycony, płuca dopominają się o tlen, a po kilku szybszych ruchach kręci się lekko w głowie. Trzymając równe tempo można jednak konsekwentnie iść na przód. Wydaje nam się, że MBC jest już dość blisko jednak od kilku minut idziemy w całkowitej mgle. Nagle niespodziewanie zaczyna się rozjaśniać. Naszym oczom w pełni słońca ukazuje się baza, wioska z boiskiem do gry położona na rozległym płaskowyżu pomiędzy rozsianymi głazami oraz….. olbrzymie ośnieżone góry. Obracając się do tyłu widzimy dolinę skąpaną w całości we mgle. Widok zapiera dech w piersiach. Przed nami to doskonała panorama na szczyty Machapuchare 6993, Annapurna III 7555, Gangapurna 7454, Tarke Kang 7202, Annapurna South 7219 i Hiunchuli 6441. Zasiadamy na przerwę by spokojnie rozkoszować się tym widokiem. Mgła naprzemiennie podnosi się w górę pokrywając całą bazę bielą i opada po raz kolejny ukazując niedowierzającym oczom tą niezwykłą scenerie w której się znajdujemy.
Nacieszeni widokiem ruszamy do ostatecznego celu naszego trekkingu – Annapurna Base Camp. Nigdzie dziś już nie musimy się spieszyć, pokonujemy więc ostatni odcinek drogi powoli chłonąc widoki otaczającego sanktuarium. Droga jest łatwa choć mecząca. Nie ma sensu jednak zatrzymywać się nawet na krótkie postoje. Po przerwie, już po kilku krokach, tętno i poziom zmęczenia wraca do stanu sprzed wypoczynku. W oddali widzimy już Bazę Annapurny położoną na wysokości 4130m n.p.m. Pośród potęgi himalajskich szczytów, śniegu i skał, to dzieło rąk człowieka wygląda mikroskopijnie i prymitywnie. Maksymalnie szczęśliwi i chyba jeszcze bardziej zmęczeni docieramy na miejsce. Niezwykłe lodowcowe Sanktuarium Annapurny otaczające himalaistyczne obozowisko utworzone jest z 11 szczytów przekraczających 6000m n.p.m. Dla miejscowej ludności, Gurungów, od wieków jest to miejsce odnowy i duchowego rozwoju, święta ziemia, na której chronione i czczone jest życie w każdej postaci. Ten lodowcowy cyrk nazywają Deothal. Zauroczeni okolicą pierwsi himalaiści nadali jej miano Sanktuarium. Ukryty przed światem za lodowo-skalną barierą, piękny, ale i budzący grozę naturalny amfiteatr wydaje się wręcz stworzony do medytacji lub modlitwy.
Niestety szczyt legendarnej południowej ściany Annapurny I cały czas schowany jest we mgle. Jednak nie przeszkadza nam to. Radość jest niesamowita, widoki zapierające dech w piersiach, a góry zawsze traktujemy z szacunkiem i respektem. Dla ludzi gór mają one swojego ducha i to on zdecyduje czy będzie nam dane oglądać piękno całego masywu Annapurny. W spokoju i… chłodzie, jest tu naprawdę bardzo zimno, czekamy na zachód słońca. Wiatr wieje dość mocno, więc ze szczytów gór odrywają się magicznie falujące pióropusze śniegu. Niebo delikatnie się różowi. Jest pięknie. A najlepsze jest to, że prawdziwe przedstawienie czeka nas z samego rana!
Po zachodzie słońca przenosimy się do jadalni na kolacje. Na zewnątrz panuje przenikający chłód, a tutaj jest tak przytulnie ciepło. To wszystko za sprawą palników z ogniem palących się pod stołem. W himalajskich dinning roomach znajduje się zazwyczaj jeden duży stół na środku pomieszczenia, z którego końców zwisają koce, a pod stołem znajduje się duże wgłębienie. W mroźne wieczory właściciele restauracji rozpalają tam palniki, które przyjemnie ogrzewają nogi i kolana schowane pod stołowym kocem. Jesteśmy zadowoleni, zmęczeni i wygłodniali. Ciągle trochę nie wierzymy gdzie dokładnie udało nam się dotrzeć. Ponieważ jest to centrum i serce Nepalu, Himalajów, a wręcz wszystkich gór świata, na obiad pada dzisiaj narodowa potrawa nepalczyków Dal Bath (cena około 9-10zł). Zwyczajowo na Dal Bath składa się konkretna porcja ryżu, gęsta soczewicowa zupa, warzywne curry z ziemniakami oraz papad czyli smażony na głęboki tłuszczu chrupki placek. W zależności od rejonu, w którym jest serwowany w zestawie mogą znaleźć się również świeże warzywa, tajemnicze pikantne pasty, zsiadłe mleko i różne inne cuda. Jesz aż pękniesz, a jeśli nie pękasz, dostajesz kolejne, wliczone w podstawową cenę, dokładki. Po ciężkim dniu smakuje wyśmienicie. Syci i ogrzani kładziemy się spać. Budziki ustawiamy na niespełna 6 rano i jeszcze przed zaśnięciem wyczekujemy poranka. Czeka nas wschód słońca u samych stóp królowej gór - Annapurny.

POWRÓT