Annapurna Base Camp trekking dzie II, Droga do Himalaya, Wyjazdy, Aktywny wypoczynek, GoTravel, goforadventure

NEPAL 2010 – ANNAPURNA BASE CAMP TREKKING - DZIEŃ II

13.12.2010
Relacje z wyjazdów GOTRAVEL - wyjazdy turystyczne, trekking GOFORADVENTURE - Zapraszamy! >>

 

Dzień I Dzień II Dzień III Dzień VI Dzień V

 

Budzimy się wcześnie. Mięśnie jeszcze nie do końca wypoczęły, pojawiają się pierwsze zakwasy. Zdecydowanie najbardziej w kość dostały łydki. Nadal są zmęczone, obolałe i twarde jak stal. Mimo tego wygrzebujemy się ze śpiworów pełni energii na nowy dzień. Za oknem wstaje piękny słoneczny poranek. Noc była chłodna, ale do przetrwania. „Jak dla kogo” pada z ust jednego z członków ekipy. I tu na jaw wychodzi pierwsze nepalsko-handlowe oszustwo. W Pokharze udało się nam wytargować dobrą cenę na dwa śpiwory do -10 stopni. Sprzedawca jeden śpiwór podał nam z półki natomiast drugiego nie mógł znaleźć i ściągnął z wystawy ten, który nam wcześniej pokazywał. Okazało się, że śpiwory te są od siebie zupełnie różne, a ten z półki nie zapewnia komfortu nawet przy +10stopniach. Wcześniej nie porównywaliśmy dokładnie kupowanych śpiworów ufając sprzedawcy na słowo. Choć mogła to być pomyłka, a nie celowe oszustwo, w przyszłości na pewno będziemy uważniej patrzeć na ręce sprzedawcom i dokładnie oglądać kupowane towary.
Wrzucamy w siebie szybkie śniadanie. Podobnie jak w Pokarze najpopularniejsze są tutaj śniadania w British style. My dziś zajadamy się chlebem Gurungów - nepalskimi plackami Ciabatti przypominającymi w smaku macę, a w konsystencji naszego naleśnika. Przy śniadaniu znów towarzyszy nam niezapomniany widok pięknych wysokich gór przyciągających jak magnes do siebie. Dzisiaj przed nami ciężki dzień, duża ilość podejść, z finałem w Dobhan na wysokości 2600m n.p.m. Wyruszamy w dalszą część trekkingu.
Pierwszy odcinek drogi to strome podejście do Jinhu, wioski w której znajdują się naturalne gorące źródła. Dłuższy pobyt w tej miejscowości planujemy jednak na drogę powrotną. Z lekko zawiedzioną miną wspinamy się więc dalej do Chhomrongu, położonego na 2170m n.p.m. Tak więc, na dobre rozbudzenie się, mamy do pokonania z rana ok. 900m przewyższenia, krok za krokiem po kamiennych schodach. Ponieważ w Himalajach na tych wysokościach panuje zupełnie inny klimat niż w europejskich Alpach słońce nadal bezlitośnie przygrzewa nasze plecy.
Wycieczka od samego poranka dostarcza niesamowitych wrażeń. Za każdym z zakrętów naszej trekkingowej drogi kryją się kolejne niesamowite pejzaże gór. Z każdym krokiem poznajemy je z innej perspektywy. W tej przepięknej pogodzie mijamy drewniane mosty, przełomy rzek, pojedyncze, biedne budynki mieszkalne zrobione z drewna, słomy, kamienia i wszystkiego co tylko natura dała. Wszędzie jednak widać uśmiechy i spokojnie toczące się pracowite życie. Pośpiech jest tutaj czymś zupełnie obcym, nieznanym i niezrozumiałym. Wszystko dzieje się powoli, płynąc swoim naturalnym, niezakłóconym tokiem. Pozwala to nam doskonale zapomnieć o tym jaki jest dzień tygodnia, miesiąca, a nawet pora roku i godzina. Ciężko jest więc określić ile czasu zajmują nam kolejne etapy podróży jednak nasze tempo marszu w kolejnych wioskach budzi duże, choć raczej pozytywne, zdziwienie.
Na pierwszą przerwę zasiadamy w Chhomrongu. Jest to druga co do wielkości, obok Ghandruku, kilkutysięczna wioska Gurungów na szlaku trekkingu do Annapurna Base Camp. Gurungowie są ludem twardych, ale bardzo przyjaznych górali nepalskich, zamieszkujących głównie środkową i centralną część kraju. W większości są wyznawcami buddyzmu, i pomimo tego, że na co dzień zajmują się głównie rolnictwem, pasterstwem i hodowlą, to na świecie znani są przede wszystkim jako bitni żołnierze. Podlegające Koronie Brytyjskiej, waleczne, doskonale wyszkolone i słynące z niesamowitego poświęcenia oddziały Gurków, znane chyba każdemu kto choć trochę interesuje się historią wojen, formowanie są głównie właśnie spośród ludności Gurungów. Ponieważ do dzisiaj jednostki te walczą na frontach całego świata, nie odbywa się to bez wpływu na lokalną himalajską ludność zamieszkałą w górach. Sowite żołnierskie emerytury nie tylko pozwalają dostatnio żyć pozostałym w górach rodzinom, ale również usprawniają ich codzienne funkcjonowanie. Na trasie trekkingu i w rejonie masywu Annapurny znajduje się bardzo duża ilość przełomów górskich, porywistych rzek, przez które przejście gołą stopą jest niemożliwe. W przeszłości ze względu na brak mostów, wielu mieszkańców gór musząc przetransportować swoje wyroby i zbiory do innych wiosek, zmuszona była nadkładać olbrzymią ilość kilometrów aby w jakikolwiek sposób dostać się do sąsiednich wiosek. Obecnie wiele nowoczesnych wiszących mostów, łączących najbliższe wioski, zostało ufundowanych i wybudowanych właśnie za sprawą żołnierzy służących w oddziałach wojskowych podlegających Koronie Brytyjskiej.
Sam Chhomrong jest ostatnim punktem na szlaku trekkingu do ABC, w którym na turystów czeka coś więcej niż dach nad głową i pożywienie. Znajdują się tutaj liczne restauracje (w tym nawet pizzeria) szkoła podstawowa i (chyba) średnia (na pewno wyższa niż podstawowa), boisko do piłki nożnej i siatkowej oraz licznie dobrze zaopatrzone sklepiki, a nawet „kafejka” internetowa. Sklepiki oprócz pożywienia i napojów, z którym nie ma najmniejszego problemu na całym odcinku trekku, oferują tutaj również liczne pamiątki, mapy, dywany, ubrania, a nawet część trekkingowego ekwipunku. Jeśli czegokolwiek nam więc brakuje to na tym etapie wędrówki mamy ostatnią szansę zaopatrzenia się w niezbędne rzeczy. Należy jednak pamiętać, że cały ekwipunek dociera do wioski oddalonej o dwa dni marszu od najbliższego miasta na plecach tragarzy co znajduje wyraźne odbicie w cenach rosnących w zależności od wysokości i odległości od cywilizacji. Chhomrong rozpościera się przez całe zbocze od samego szczytu w dół, aż do płynącej kilkaset metrów niżej rzeki. Jeśli chodzi o zasady przestrzennego planowania, nepalskie górskie wioski w swoim rozmieszczeniu w zupełności nie przypominają czegokolwiek co można zobaczyć w Europie. Nie ma tutaj dużej ilości dróg, skrzyżowań, chodników czy jakiegoś centralnego punktu w postaci placu. Są tylko zbudowane z niezliczonej ilości głazów, kamienne schody tworzące przylepione do stromych zboczy dość wąskie wijące się ścieżki do których bezpośrednio przylegają niskie zabudowania i gospodarstwa, na których powstanie wykorzystano wszelki dostępny materiał a więc słomę, drewno, cegłę, kamień, a także spore ilości falistej blachy (notabene również transportowanej w góry przez tragarzy na plecach). To wszystko otoczone jest mozaiką niezliczonych terasów ryżowych, które stanowią odpowiedź na potrzebę zagospodarowania górskich zboczy pod tereny nadające się do uprawy.
Dzięki swojemu rozmieszczeniu, charakterystycznemu dla nepalskich górskich wiosek, Chhomrong daje turystom niepowtarzalną szansę przyjrzenia się, jak płynie normalne codzienne życie górali mieszkających u podnóża Annapurny South i Hiunchuli na wysokości 2150m n.p.m., oddalonych o kilka dni marszu od cywilizacji. I aż dziw bierze, że żyją tak normalnie. W miejscu naszego odpoczynku, pomiędzy dwoma stolikami restauracji zasiadał na ziemi staruszek z oldschool’ową maszyną do szycia oraz stertą prześcieradeł, dziergając coś sobie w spokoju porannego słońca. Przechodząc przez miasteczko widzieliśmy drużyny sportowe grające w siatkę oraz dzieci w granatowych mundurkach odbywające lekcje szkolne na trawie. Zauroczeni tym co nas otacza, nawet nie wiedząc kiedy, schodzimy wzdłuż całej wioski na sam dół, aż do koryta rzeki. Przed nami najcięższy odcinek dzisiejszego dnia – strome, długie podejście do Sinuwa. Wspinamy się mozolnie. Podobnie jak wczoraj popołudniu niebo powoli pokrywa gruba warstwa chmur. Po raz kolejny zanosi się na deszcz. O ile obfite deszcze w porze monsunowej stanowią tutaj normę, to jednak na listopad jest to zjawisko raczej dość niespotykane. Za Sinuwa wkraczamy do gęstej bambusowo-rododendronowej dżungli, ciągnącej się wzdłuż głównego biegu rzeki Modi Khola. Nie jestem zbyt dobrym botanikiem, więc ciężko jest opisać cóż za rośliny tworzyły niepowtarzalną atmosferę tego miejsca, ale również i ono robiło na nas niezwykłe wrażenie. Kiedy docieramy do Bamboo pada już solidnie. Babciny worek foliowy, który zdobyliśmy w Tolce znów świetnie zdaje egzamin. Po dzisiejszej wspinaczce jesteśmy solidnie zmęczeni, od deszczu konkretnie przemoczeni, a ponieważ nasza wysokość przekroczyła już 2000 metrów to podczas przerwy robi się naprawdę chłodno. Zniechęceni, zbierając ostatki sił, ruszamy dalej w drogę. Przed nami ostatni w dniu dzisiejszym odcinek prowadzący do małej wioski Dobhan. Ku naszemu zdziwieniu i zapewne zdziwieniu naszych mięśni pokonujemy go w niespełna 50 minut. Mimo tego na miejscu znajduje się już spora ilość turystów i w wielu lodgach brakuje miejsca. Początkowo proponują nam pokój ze słomianym sufitem i foliowymi oknami jednak ostatecznie udaje nam się znaleźć schronienie z mniejszymi szansami, że zostanie nam ono zwiane znad głowy w środku nocy. Rozkosznie ciepły prysznic znów jest dostępny, więc z radością dzieciaków pluskamy się w wodzie. Wszystkie lodge posiadają salę jadalną, w której, zazwyczaj przy jednym dużym stole, wszyscy ludzie zakwaterowani w lodge’u jedzą posiłek i spędzają wspólnie wieczorny czas. W pomieszczeniu tym znajduje się także kilka łóżek, tak więc gdy skończą się wszystkie wolne pokoje zawsze jest jeszcze szansa znalezienia noclegu właśnie w „dining hallach” co nie jest najgorszych rozwiązaniem zwłaszcza na wyższych wysokościach, gdzie w pokojach panuje wieczorami bardzo duży chłód, natomiast w jadalni, ze względu na bliskość kuchni, przyjazna rozgrzewająca atmosfera. Idąc na kolację zabieramy ze sobą kości do gry by umilić sobie trochę czas oczekiwania na zamówiony posiłek czym wzbudzamy nie małe zainteresowanie innych oczekujących. Po kilku kolejkach gry mamy już spore grono obserwatorów, osób dopytujących się o reguły gry oraz chętnych do przyłączenia się do nas.

POWRÓT