Annapurna Base Camp trekking dzie I, New Bridge, Wyjazdy, Aktywny wypoczynek, GoTravel, goforadventure

NEPAL 2010 – ANNAPURNA BASE CAMP TREKKING - DZIEŃ I

13.12.2010
Relacje z wyjazdów GOTRAVEL - wyjazdy turystyczne, trekking GOFORADVENTURE - Zapraszamy! >>

 

Dzień I Dzień II Dzień III Dzień VI Dzień V

 

 

Ze względu na nienajlepsze warunki pogodowe do latania (nie jest źle, da się latać, termicznie pokręcić nad górką, jednak nasze apetyty rosną w miarę jedzenia i w powietrzu oczekujemy jeszcze więcej) 3-dnia naszego pobytu w Pokharze wyruszamy na trekking w Himalaje. Naszym celem jest Annapurna Base Camp, potocznie zwany ABC, położony na wysokości 4130 m n.p.m. Baza ta jest miejscem wypadowym himalaistów atakujących otaczający ją niezwykły lodowcowy krąg szczytów. W jego skład wchodzi aż 11 wierzchołków o wysokości przekraczającej 6000m, z kulminacją w postaci legendarnej południowej ściany Annapurny o wysokości 8019m n.p.m. Trasa trekkingowa jest zazwyczaj pokonywana w 8-12 dni, natomiast nasz plan zakłada…. jedynie 5 :) – 3-dniowe podejście do góry oraz 2 dni zejścia na dół. Szlak prowadzi przez malownicze wioski, liczne przełomy rzek, mostki – tereny niesamowite pod względem przyrodniczym i kulturowym. Z pewnością na jej pokonanie warto poświecić więcej czasu, jednak jesteśmy w dobrej kondycji fizycznej oraz mentalnie nastawieni na jak największą ilość dni spędzonych w powietrzu latając na paralotniach, tak więc decydujemy się na maksimum trekkingowych wrażeń w możliwie najkrótszym czasie……i ruszamy!

 


Dzień I:
Wczesny poranek, szybkie i staranne pakowanie plecaków. Każda rzecz ma swoją wagę, wszystko dwa razy trafia do ręki z myślą „czy aby na pewno jest sens taskać drugą parę soczewek aż na 4000 metrów”. Całe szczęście nasze plecaki mają tylko ok. 35litrów, więc chcąc nie chcąc, zbędnych rzeczy nie uda się zabrać. Ruszamy na śniadanie do naszej ulubionej restauracji. Dziś jemy jeszcze na spokojnie, bez pośpiechu, smacznie, pożywnie i obficie – w czasie około godzinnej drogi do Phedi, skąd startujemy, będzie czas na trawienie. Łapiemy taksówkę, z czym, jak zawsze w Pokarze, nie ma najmniejszego problemu – już idąc całe 500metrów z plecakami na śniadanie zaczepiło nas kilku taksówkarzy pytając o samopoczucie, by nie czekając na odpowiedź zaoferować swoje usługi. Taksówki w Nepalu ze względu na niskie ceny, powszechną dostępność oraz szybkość (szybkość oczywiście w porównaniu do Nepalskich autobusów, bo na pewno nie w odniesieniu do europejskich standardów) są bardzo popularnym środkiem lokomocji. Trafił nam się jeden z tych bardziej żwawych kierowców, więć droga, jak to zazwyczaj bywa w Nepalu, dostarcza mocnych wrażeń. Nasze żołądki wcale nie są przekonane czy chcą teraz trawić poranne śniadanie.
Już w drodze, zaraz po wyjechaniu z miasta, czeka nas pierwsza pula niezapomnianych wrażeń… pierwszy raz od przyjazdu naszym oczom ukazują się Himalaje z niesamowitym szczytem wchodzącym w skład Sanktuarium Annapurny - Machapuchare, górującym na pierwszym planie nad doliną Pokhary. Swoim kształtem automatycznie przywołuje na myśl nasz europejski, również niesamowity w skali alpejskiej Matterhorn. Ta góra o wysokości 6993m n.p.m w dosłownym tłumaczeniu z nepalskiego oznacza już mniej klimatycznie „Ogon ryby”. Machapuchare jest świętą górą Nepalczyków poświęconą bogu Shiva przez co jakiekolwiek wyprawy himalaistyczne na nią są zabronione przez rząd nepalski. Ze względu na swój charakterystyczny kształt oraz położenie (wysunięta jest lekko na południe w stosunku do innych gór leżących w paśmie) wydaje się górować nad całą resztą masywu pomimo swojej mniejszej wysokości bezwzględnej. Widok niesamowity i na zawsze niezapomniany.
Jesteśmy w Nepalu akurat w okresie zbioru ryżu, przejeżdżamy więc przez rozłożyste rejony pól ryżowych, na których ludzie poczynając od najmłodszych, jeszcze lekko chwiejących się na nogach brzdąców, przez kobiety w regionalnych sukniach, po staruszków z laseczkami w ręku wykonują swoją codzienną pracę - ścinają, układają w snopki, suszą zbiory i poletka ryżowe.
Po ok. 40 minutach dojeżdżamy do Phedi skad, obok Nayapul, najczęściej rozpoczyna się trekking do Annapurna Base Camp. Od razu po wyjściu z samochodu zaczepia nas pani Tybetanka oferująca biżuterię pochodzącą podobno ze swoich rodzinnych rejonów. Generalnie zaczepianie i nakłanianie turystów do swoich wyrobów jest w Nepalu bardzo powszechne, lecz ludzie Ci są z reguły bardzo mili i przy delikatniej odmowie raczej nie naciskają nachalnie.
Dopiero teraz tak naprawdę ruszamy w drogę. Kijki w dłoń i atakujemy. Zaczyna się ostro. Od razu schody, pełen pion w górę, a słońce niemiłosiernie grzeje po plecach. Zmęczeni docieramy do Dhampusu, pierwszej wioski Gurungów leżącej na naszej trasie. Myślimy sobie, oj jak tak dalej pójdzie nie będzie to lekki spacerek, jednak dla mnie to pierwsze podejście było chyba jednym z najgorszych na całej trasie. W Dhampusie odbywa się pierwsza kontrola naszych zezwoleń. Wchodzimy do małego pokoiku, obowiązkowy wpis do książki osób które wchodzą na teren ACAP (Annapurna Conservation Area Project) obejmujący cały obszar masywu Annapurny. Następna kontrola w Pothanie – kolejnym miasteczku przed którym jednak udaje nam się…. pomylić drogę. Na jednym z nie oznakowanych rozwidleń skręcamy w złą stronę i po ok. 30 minutowym marszu natykamy się na miejscową ludność, dla której widać wyglądamy niecodziennie na tym rzadko uczęszczanym przez turystów szlaku. Widocznie wyglądamy też za świeżo jak na osoby schodzące po trekkingu z gór, gdyż sami zagadują dokąd idziemy. Po usłyszeniu celu naszej wędrówki wszyscy wpadają w spontaniczny śmiech informując wesoło, że tym szlakiem to możemy, co najwyżej osiągnąć Pokhara (nazwa miejscowości z której wyruszyliśmy) Base Camp. Jesteśmy na szlaku prowadzącym z powrotem na dół. Śmiejąc się sami z siebie i dziękując za spontaniczną pomoc zawracamy. Mimo śmiechu jesteśmy trochę źli. Właśnie zmarnowaliśmy godzinę cennego czasu, a plan na dzień dzisiejszy mamy dość ambitny - chcemy dotrzeć, aż do odległej wioski New Bridge. Mimo, iż od naszego startu jest ona położona jedynie o 200 metrów wyżej to ze względu na specyfikę terenu (ciągłe wychodzenie i schodzenie między wioskami góra dół) mamy na dzisiaj do zrobienia ponad 1500 metrów przewyższenia.
Ogrom wrażeń, widoków, pejzaży od początku trekkingu przytłacza. Tragarze z wiklinowymi koszami na plecach pędzący w klapkach czasem szybciej niż my. Wszyscy obowiązkowo z przepaską na czoło, która pozwala, aby głowa i kark przejęła część ciężaru dźwiganego na plecach. Niesamowite widoki nieskończonej ilości ryżowych terasów na zboczach. Miejscowa ludność żyjąca sobie na samym szlaku, wykonująca czynności swojego życia codziennego nie zwracając wręcz uwagi na przechodzących zagranicznych turystów. Pikniki, muzyka, biegające, bawiące się dzieciaki i spokojny rytm pracy sdorosłych. Jest klimatycznie, niesamowicie, przepięknie.
Wraz z pokonywaniem kolejnych kilometrów drogi potężny upał zaczął ustępować. Powoli całe niebo zostało pokryte gęstymi ciemnymi chmurami. Będzie padać, to już jest pewne. A my w całym rozgardiaszu porannego pakowania zapomnieliśmy przeciwdeszczowych płacht na plecaki. Siadamy w pierwszym, dość skromnym gospodarstwie w wiosce Tolka próbując przeczekać deszcz obecnie zamieniający się w ulewę. Niestety padać nie przestaje, nie pozostaje nam więc nic innego jak ruszać dalej. Wpadamy na pomysł by zapytać staruszkę, właścicielkę gospodarstwa, czy posiada może jakieś worki lub coś analogicznego, co mogłoby posłużyć za ochronę dla naszych plecaków. Po chwili zagłębienia się w swoim domostwie wraca, stwierdzając, że znalazła tylko jeden worek, ale na pocieszenie może nam zaoferować „good Nepalish grass from her natural garden” co później również okazuje się być dość powszechnie spotykaną propozycją w Nepalu. Po rozcięciu worka na 3 części, fachowo owijamy nasze plecaki i w tym profesjonalnym rynsztunku ruszamy w dalszą trasę. Przed nami Landruk, a następnie New Bridge, w którym planujemy nocleg. Solidnie zmęczeni docieramy na miejsce tuż przed zapadnięciem zmroku. W lodge’u, w którym się zatrzymujemy zakwaterowana jest już ekipa kajakarzy górskich, którzy następnego dnia mają plan spłynąć górską rzeką położoną w sercu Himalajów. To również musi być niesamowita przygoda.
Pierwszy dzień przyniósł nam wiele niespodzianek, a także praktycznej wiedzy. Okazało się, że baza noclegowa na terenie całego trekkingu jest naprawdę gęsta i co kilka kilometrów można znaleźć przygotowane specjalnie pod turystów skromne lodge, restauracje i sklepiki, tak że nawet na wypadek poważnego załamania pogody można elastycznie kształtować i zmieniać plan swojej trasy. Pozytywnym zaskoczeniem są również ciepłe prysznice, które można znaleźć niemal na całym odcinku trekkingu, aż do Machapuchare Base Camp. Przepoceni pod szczelną przeciwdeszczową odzieżą, trochę przemoknięci popołudniowym deszczem, wycieńczeni solidnym marszem po schodach i taskaniem plecaków na nie przywykłych do tego ramionach, ku radości naszych mięśni decydujemy się na ten warty 4-6 zł luksus ciepłego prysznica. Mimo, iż ciśnienie wody jest znikome, piecyk grzewczy potrafi wyłączać się znienacka chlustając na przemian ciepłą i lodowatą wodą, a stopy marzną na betonowej posadzce tego wykwintnie przystrojonego pajęczynami pomieszczenia, kąpiel jest niesamowitą rozkoszą.
Pokój jest skromny, schludny, przytulny i… wyjątkowo nieszczelny. Dach niemal z czciny, a okna z drewna, które swoim kształtem raczej słabo dopasowują się do framug. Wieczór jest chłodny, więc i w nocy na ciepło raczej nie ma co liczyć. Przed spaniem czeka nas jeszcze kolacja. Ponieważ przestało już padać, planujemy jeść na zewnątrz, podziwiając doskonale widoczną stąd Annapurne Południową w promieniach zachodzącego słońca. Przezornie na kolację ubieramy się bardzo ciepło. Wieczory nawet na niskich wysokościach są tu chłodne, a że nie jesteśmy w Nepalu pierwszy dzień, czas oczekiwania na posiłek, który wynosi około 3-4 kwadranse, nikogo już nie zaskakuje. To w tym kraju norma nie tylko w górach. Należy jednak zaznaczyć, że tak długi czas oczekiwania nie wynika z opieszałości kelnerów lecz z faktu, że potrawy tutaj dla każdego wygłodniałego klienta są przygotowywane od samego początku do końca tuż przed podaniem na stół. Nawet w najbardziej podejrzanych knajpkach otrzymujemy tutaj świeże i smaczne dania przygotowane bezpośrednio przed serwowaniem ich klientom. Ponieważ w górskich restauracjach można dostać wszystko od alkoholu, papierosów, przez red bull’a, coca colę, na pringelsach i innych zachodnich chipso-słodyczach kończąc, pewnym zaskoczeniem dla nas okazał się fakt, że w górskich menu nie sposób znaleźć mięsa.

 

 

POWRÓT